piątek, 8 lipca 2011

Dni 6 i 7. Ucząc się od Gerta i Phila.

W środę wybrałem się z Ianem do pagody, którą widzieliśmy znad Jeziora. Kilkupoziomowa, ze złotym czubem, jest jednym z charakterystycznych punktów w okolicy. Nazywa się Leifeng i zbudowano ją w dziesiątym wieku naszej ery... Nie, to nie do końca prawda. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że od dziesiątego wieku naszej ery nad Zachodnim Jeziorem stoi pagoda nazywająca się Leifeng.
Rzecz w tym, że to nie ta sama pagoda. Przez ostatni tysiąc lat kilkakrotnie była niszczona i odbudowywana, przez najeźdźców, trzęsienia ziemi, pożar, Japończyków itd. Obecna pochodzi z 2001 roku i, jak na pagodę XXI wieku przystało, jest wyposażona w windę dla niepełnosprawnych, a jej pierwszy poziom przypomina hotelowe lobby. Z tarasu na najwyższym poziomie można podziwiać niesamowitą panoramę Jeziora, Hangzhou i okolicznych wzgórz – to jeden z najładniejszych widoków, na jakie trafiłem w Chinach. Pozwala zrozumieć, czym właściwie zachwycał się Marco Polo i niezliczeni chińscy poeci. Niestety, nie byłem w stanie zrobić zdjęcia, które choć w przybliżeniu oddawałoby urok tego miejsca. Do tego unoszący się nad miastem smog (siedem milionów ludzi musi czymś jeździć) sprawia, że wszystkie zdjęcia okolicy są przygnębiająco ciemne.
Do pagody przyjechaliśmy autobusem, w drogę powrotną ruszyliśmy taksówką. Postanowiłem skorzystać z rady Gerta i nawiązałem rozmowę z taksówkarzem, do której szybko włączył się Ian. Taksówkarz pochodził z sąsiedniej prowincji Jiangsu, urodził się na wsi, miał dwójkę dzieci, których utrzymywanie kosztowało go coraz więcej w miarę, jak rosły. Morał z tego taki, że udało mi się wziąć czynny udział w dość długiej rozmowie. Co prawda ograniczała się do podstawowych spraw, ale i tak była sprawdzianem moich możliwości komunikowania się po chińsku. Gert sugerował, że taksówkarze są rozmowni, a skoro i tak w taksówce nie ma co robić… Poza tym taksówkarz kasuje za kurs, więc nie wypada mu nie odpowiadać na zadawane łamaną chińszczyzną pytania. Okazało się, że miał całkowitą rację, a Ian i ja poczuliśmy, że coś umiemy.
Następnego dnia to uczucie zostało spotęgowane.
Duży udział miał w tym przypadek. Ian poprosił, żebym pokazał mu pole herbaty i cmentarzyk, które zdążyłem już tu opisać. Zaprowadziłem go, gdzie trzeba, a ponieważ zajęło to może dziesięć minut, Ian postanowił sprawdzić, co jest za cmentarzem. Szliśmy wąską, krętą ścieżką, miejscami prowadzącą bardzo stromo, po gołych skałach. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas zaprowadzi, wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy na wzgórzu do którego przylega nasz kampus.
Nagle wyszliśmy na wytyczony grzbietem wzgórza szlak turystyczny. Kiedy już zrobiliśmy zdjęcia kolejnej panoramy Hangzhou i Jeziora – oraz kampusu z lotu ptaka (wzgórze okazało się całkiem wysokie) – postanowiliśmy odpocząć pod jedną z mijanych altanek, gdzie akurat rozciągał się na oko pięćdziesięcioletni Chińczyk (Chińczycy często ćwiczą w miejscach publicznych, więc nie było to nic szczególnego). Ów Chińczyk, nie indagowany, nawiązał z nami rozmowę. Zaczęło się od small talku – skąd jesteśmy, jak nam się podobają Chiny, ile się uczymy chińskiego. Potem zaczęliśmy mówić o nauce chińskiego i tym, co sprawia nam trudności. Potem o różnicach między chińskim i angielskim. Potem krótko o Polsce i Ameryce. Kiedy okazało się, że nasz rozmówca był w Europie i w Stanach Ian zapytał go, czy lubi Amerykę.
…i zrobiło się politycznie.
Nasz rozmówca nie lubił Ameryki. To młode państwo, stworzone przez imigrantów, którzy na dodatek przywieźli sobie niewolników, pozbawione własnej kultury a mimo to pretendujące do przewodzenia światu.
Mniej więcej w tym czasie koło altanki pojawili się dwaj chińscy studenci, którzy przyłączyli się do rozmowy. W gruncie rzeczy, teraz to oni rozmawiali z naszym rozmówcą a ja mogłem tylko przysłuchiwać się coraz bardziej skomplikowanej rozmowie, odgadywać w czym rzecz i przekazywać swoje interpretacje Ianowi. W zasadzie było to więcej tego samego, nie licząc paru momentów, kiedy rozmowa zeszła na temat drugiej wojny światowej i Niemiec oraz deliberacji, czy Polska jest krajem słowiańskim, jak Rosja.
Wreszcie nasz rozmówca skończył się rozciągać, wypalił ostatniego papierosa (Chińczycy prowadzą zdrowy tryb życia, ale nie aż tak zdrowy) i poszedł. Ian i ja porozmawialiśmy jeszcze chwilę ze studentami o Ameryce, „Gangach Nowego Jorku” i filmach z Edwardem Nortonem. Wreszcie rozeszliśmy się.
Od pierwszego do ostatniego słowa trwało to niemal dwie godziny. Wydaje mi się, że zrozumiałem dwie trzecie wypowiedzianych kwestii i muszę przyznać, że jestem z tego wyniku bardzo zadowolony. Zwłaszcza, że tym razem wyszliśmy daleko (…bardzo, bardzo daleko) poza small talk. Trochę brakuje mi – nie jestem pewien czego, otwartości? – żeby zaczepiać ludzi na ulicy tak, jak to robi Phil, ale mam wrażenie, że te dwie godziny dały mi więcej, niż jakakolwiek lekcja. I jeśli mam naprawdę skorzystać na tym wyjeździe, to nie mogę czekać aż przypadkiem przytrafią mi się takie sytuacje, tylko muszę do nich dążyć.
Nie mówię, że od tej pory będę biegał od przechodnia do przechodnia, ale… No cóż, zobaczymy.

czwartek, 7 lipca 2011

Dni 4 i 5. 强化班 - początek nauki oraz Internet w Państwie Środka.

4
Poniedziałek, ósma rano, pierwsze zajęcia. Nauczycielka, pani Zhuang Huaping, na wstępie obiecuje nam 强化班 (qianghuaban, czyt. mniej więcej „cieng-hła-ban”) – krótki, intensywny kurs. W cztery tygodnie – dwadzieścia dni zajęć – mamy przerobić cały podręcznik, składający się z trzynastu lekcji. Do czwartku włącznie utrzymywaliśmy tempo ok. jednego rozdziału podręcznika na dwa dni, więc jeszcze trochę nam brakuje. Pracę nad każdym rozdziałem zaczynamy od grupowego skandowania nowych słówek, następnie przez co najmniej godzinę słuchamy, jak należy się nimi posługiwać (znaczenie, kontekst etc.) a potem przechodzimy do ćwiczeń lub krótkiego omówienia czytanki. Prace domowe polegają na przeczytaniu kolejnej czytanki, uzupełnieniu kilku ćwiczeń i/lub napisaniu kilkunastu zdań z wykorzystaniem części słów poznanych podczas danej lekcji. Jak dotąd pani Zhuang tylko raz urozmaiciła tę rutynę, dzieląc grupę na pary, które miały w wolnym czasie ułożyć dialog na zadany temat. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało dalej. Wiem, że w połowie kursu panią Zhuang zastąpi inna nauczycielka – tak jest we wszystkich grupach, nie wiem tylko, czy nauczycielki zmieniają grupy czy też kurs przejmie nowa grupa nauczycielek.
Skoro o grupach mowa – bez przesady mogę napisać, że na kurs ściągnęli uczniowie z całego świata. W mojej grupie jest kilka osób z Korei, kilka z Hiszpanii, kilka z Rosji, bodajże dwie ze Stanów Zjednoczonych, dwie z Australii, jedna z Kolumbii, jedna z Indonezji, jeden pochodzący z Konga obywatel Francji i chyba ktoś z Wielkiej Brytanii, ale nie wiem kto. Do tego parę osób, których narodowości nie kojarzę. No i ja.
Żeby było zabawniej jedna z Rosjanek uczy hiszpańskiego a jedna z Hiszpanek – niemieckiego.
Na dodatek wielu kursantów ma chińskie, hongkońskie, koreańskie lub jeszcze inne korzenie, co gmatwa sytuację do tego stopnia, że naszym językiem pierwszego kontaktu dla uproszczenia powoli staje się chiński. Nie, żebym narzekał – to może nam tylko pomóc.

5
Wtorek był dniem rozpaczliwej walki o dostęp do Internetu. Wspominałem już o kosztach i konieczności okazania paszportu i legitymacji. We wtorek dostałem rachunek, kartkę z informacjami nt. dostępu do sieci na terenie uniwersytetu, wizytówkę z danymi kontaktowymi webmastera i mnóstwem znaków, których nie znam, oraz karteluszek z moim numerem IP, loginem, hasłem i innymi danymi potrzebnymi do podłączenia się do sieci. Następnie recepcjonistka kazała mi odczekać godzinę i przyjść z laptopem do rezydującego na parterze informatyka.
Godzinę później stałem w kolejce do informatyka, który oprócz ustawiania połączeń na kolejnych przynoszonych mu komputerach co jakiś czas odwiedzał sąsiednie pokoje, by rozwiązywać techniczne problemy ich lokatorów. Chwilę to trwało. Kiedy przyszła moja kolej, informatyk trochę zgłupiał, poruszając się po ustawieniach mojej przeglądarki, atakującej go polszczyzną ze wszystkich stron, ale metodą prób i błędów odkrył, co i jak. Dalej poszło gładko.
Informatykowi, nie mnie.
Myk polega na tym, że wszyscy lokatorzy akademika łączą się lokalnie z uniwersyteckim serwerem. Dopiero ów serwer dopuszcza nas do globalnego Internetu. To ma kilka konsekwencji – po pierwsze, przepływ danych jest niemiłosiernie wolny. Po drugie, ściąganie lub wysyłanie plików większych niż 30, 35 megabajtów jest niemożliwe. Co za tym idzie, nie tylko nie mogę ściągać seriali, ale nawet wysyłanie zdjęć jest utrudnione, stąd radykalna kompresja tych, które wrzuciłem dzisiaj na wUpload. Po trzecie, mam wrażenie, że uniwersytecki serwer dodaje swoje zabezpieczenia do już irytujących, rządowych, dodatkowo utrudniając wszystko, co wykracza poza zwykłe sprawdzanie poczty i prognozy pogody (dziś było 38 stopni i słońce, jeśli to was interesuje), nawet nie wspominając o szukaniu informacji na temat Falun Gong czy wydarzeniach na placu Tiananmen. Chcąc dostać się do Facebooka i blogu, który właśnie czytasz, drogi czytelniku, przetestowałem kilkanaście, jeśli nie więcej, serwerów proxy – stron internetowych kodujących wyszukiwanie strony, z którą użytkownik chce się połączyć, umożliwiających m.in. szerzenie demokracji, obchodzenie rządowych firewalli i marnowanie czasu na portalach społecznościowych pracownikom biur, które zablokowały do nich dostęp. Ostatecznie znalazłem serwer, który umożliwił mi dostęp do panelu kontrolnego bloga. I tylko tyle. Mogłem napisać, co tylko chciałem, ale nie mogłem tego opublikować.
Zrządzeniem losu, kiedy już miałem się poddać, do moich drzwi zapukali Ian i Gert, chcąc wyciągnąć mnie na kolację z jakimś Chińczykiem, którego Ian poznał w Ameryce. Grzecznie podziękowałem, po czym zdałem relację z moich problemów. Gert poradził mi, żebym skorzystał z holenderskiego serweru proxy, podając mi jego adres.
Ów magiczny, holenderski serwer proxy jest obecnie moim jedynym okienkiem na wirtualny świat poza chińską kontrolą i jedynym sposobem na opublikowanie czegokolwiek na blogu.

Zdjęcia!

A dokładniej - kilkanaście zdjęć, pomniejszonych, marnej jakości, spakowanych winrarem i wrzuconych na serwer wymiany plików, do ściągnięcia pod tym adresem:

http://www.wupload.com/file/46019995/pakiet1.rar

Instrukcja obsługi:
1. Skopiować ww adres, wkleić w pasku adresowym wyszukiwarki (lub przepisać).
2. Na stronie wUpload kliknąć Regular - Slow Download (obok smutnej małpy).
3. Odczekać dziesięć sekund.
4. Przepisać trudne do odczytania słowa. Pamiętać o spacji. Kliknąć "submit".
5. Kliknąć "download".
6. Rozpakować plik programem WinRar.
7. Przegrać zdjęcia na laptopa i pokazać babci, bo nie wiem, czy WinRar działa na iPadzie.

Ponumerowane katalogi odpowiadają opisywanym dniom pobytu. Ponazywałem zdjęcia tak, żeby można było odgadnąć, co właściwie pokazują.

Miłej zabawy. Chętnie poczytam opinie w komentarzach.
Właściwie, to chętnie poczytam cokolwiek w komentarzach. Bez komentarzy blog jest irytująco jednostronnym sposobem komunikacji.

środa, 6 lipca 2011

Dzień trzeci – nowi znajomi, kolejne niespodzianki

Tego dnia zaplanowaliśmy z Ianem wypad do centrum Hangzhou. Kierowaliśmy się na azymut, ku opisanej w przewodniku „ciekawej, starej uliczce”, jednak w drodze na przystanek autobusowy natknęliśmy się na Phila i dwóch innych uczestników kursu – Niemca Jana i Belga Gerta. Szli do parku Jaskini Żółtego Smoka, a ponieważ uliczka nie zając, nie ucieknie, postanowiliśmy się do nich przyłączyć.
Nawiasem mówiąc, od tamtej chwili zazwyczaj opuszczając kampus – nieważne, czy wybieram się gdzieś daleko, czy tylko za róg, na obiad – idę z tą grupą. Lub jej częścią. W każdym razie – przebywam w ich gronie.
Wracając do parku Jaskini Żółtego Smoka – nazwano go tak na cześć pawilonu zbudowanego koło źródła przy którym znajduje się skała przypominająca smoka. „Jaskinia” figuruje w nazwie na zasadzie licentia poetica. Sam park nie jest przesadnie duży, jest jednak częścią sporego zielonego terenu przylegającego do Jeziora (jeśli, pisząc o Hangzhou, wspominam Jezioro zaczynające się wielką literą mam na myśli Xi Hu – West Lake – Jezioro Zachodnie – najsłynniejsze ze słynnych jezior), więc wycieczka do parku gładko przeszła we wspinaczkę na leżące między nami a Jeziorem wzgórza. W pewnym sensie był to spacer przez wspomnienia – tym samym szlakiem szedłem niemal dokładnie trzy lata temu z rodziną. Z tą różnicą, że leżąca na trasie taoistyczna świątynia Baopu o charakterystycznych, żółtych ścianach była tym razem otwarta dla zwiedzających. Z jednego z jej tarasów mieliśmy ładny widok na Jezioro, nad które wkrótce zeszliśmy. Mieliśmy już wracać na kampus, kiedy pojawił się pomysł, by przepłynąć się łódką – ale nie jedną z dużych, regularnie kursujących między wysepkami a kilkoma punktami na brzegu, tylko niewielką, najwyżej sześcioosobową. Rejs trwał może pół godziny, ot, okrążyliśmy najbliższą wysepkę i wróciliśmy. Phil cały czas rozmawiał ze sternikiem. Później miałem okazję się przekonać, że to jego sposób na ćwiczenie chińskiego – przy każdej okazji zagaduje Chińczyków: ekspedientkę w sklepie, studenta na przystanku, turystę w parku, Bogu ducha winnego przechodnia na ulicy. Muszę przyznać, że to działa – jesteśmy w jednej grupie, ale Phil mówi dużo płynniej ode mnie. Z drugiej strony Gert wylądował w grupie oczko wyżej od nas, choć rozmawia tylko z taksówkarzami – najwyraźniej zaczepianie przechodniów to nie wszystko.
Wracając umówiliśmy się na późniejszy wypad na nocny bazar. Mając parę godzin wolnego czasu postanowiłem zwiedzić część kampusu, której jeszcze nie znałem. O samym kampusie napiszę więcej przy innej okazji, na razie wystarczy wspomnieć, że przylega do jednego z wielu wzgórz otaczających Hangzhou. W najdalszym od akademika zakątku kampusu znalazłem niewielką furtkę, za którą czekały tytułowe niespodzianki. Opuszczając teren uniwersytetu tą furtką wychodzi się na niewielką uliczkę, przy której robotnicy wykańczają nowe, wielopiętrowe budynki mieszkalne. Wąska droga prowadzi wzdłuż muru kampusu i skręca w prawo, za jego załomem. Za zakrętem zamienia się w wiejską ścieżkę, wiodącą między murem a lasem. Po kilkudziesięciu metrach las się kończy, a zaskoczony spacerowicz wychodzi na niewielkie pole herbaty. Ostatnie rzędy krzewów rosną na tarasach, ponieważ wzgórze zaczyna się ostrzej wznosić. Z jednej strony pola znajduje się ogrodzone bambusowym płotem gospodarstwo, z drugiej dobiega końca budowa nowoczesnego, piętrowego domku. Ścieżka biegnie dalej, zawalona gruzem z budowy, ku kolejnym blokom mieszkalnym, po czym – wyłożona betonowymi płytami – zakręca w lewo. Znów zaczyna prowadzić w górę, między dziwnymi, należącymi do uniwersytetu budynkami, których przeznaczenie jest mi obce. Otacza je las, a im wyżej, tym znowu robi się coraz bardziej wiejsko. Przy kolejnych domach kręcą się kury, psy szczekają, na drogę wybiega szczeniak i towarzyszy przez kilkadziesiąt metrów. W pewnym miejscu od drogi odchodzi mniejsza ścieżka, prosto w las, jeszcze wyżej. Jej utwardzona część szybko się kończy, ale można iść dalej, jeszcze trochę wyżej, aż w końcu dociera się na niewielki cmentarzyk. Groby umieszczono tradycyjnie, na zboczu wzgórza, tak, by górowały nad okolicą. I górowałyby, gdyby nie porastający wzgórze las.
A to wszystko w zasięgu piętnastominutowego spaceru od kampusu. Obróciłem w dwie strony w jakieś czterdzieści minut po czym pojechaliśmy w sześciu (wsparł nas małomówny – i nielubiany z tego powodu – Rosjanin; na tyle małomówny, że nawet nie wiem, jak mu na imię) na nocny bazar. Noc jak noc – gorąca, lepka od wilgoci i potu, którym każdy pokrywa się w parę minut po opuszczeniu klimatyzowanego wnętrza pokoju. Bazar też – jak bazar. Zatłoczony do tego stopnia, że pomiędzy rozkładanymi na ulicy stoiskami jest o parę stopni goręcej. Dominują ubrania, buty, czapki, portfele, torebki i breloczki do telefonów. Nic szczególnego, choć zaskoczyły mnie pirackie dvd z pełnym sezonem „Gry o tron”. Z drugiej strony ostatni odcinek wyemitowano ponad dwa tygodnie temu, a przecież czas to pieniądz.

OGŁOSZENIA PARAFIALNE
Albo Blogger wyłączył możliwość dodawania zdjęć, albo wielowarstwowe chińskie firewalle mi to uniemożliwiają. Wrzucenie ich na Picasę również się nie powiodło. Wygląda na to, że w tym sezonie blog będzie się musiał obyć bez zdjęć. Mogę je co najwyżej wysyłać mailem. Zainteresowanych proszę o kontakt mailowy, facebookowy lub w komentarzach.

wtorek, 5 lipca 2011

Dni 1-2. Pierwszy kontakt.

1
O podróży do Szanghaju nie ma co wiele pisać. Krótki lot z Warszawy do Moskwy, siedem godzin czekania na Szeremietiewie i trochę dłuższy lot z Moskwy do Szanghaju. Naczytawszy się przed wylotem o katastrofach rosyjskich samolotów, po raz pierwszy niepokoiłem się nieco w trakcie lotu, na szczęście niepotrzebnie. Dolecieliśmy bezpiecznie a jedzenie było fatalne – wszystko w normie.
Ciekawiej zrobiło się w Szanghaju. Gdy opuszczałem terminal lało i grzmiało, jednak zdążyło przestać zanim doczekałem się autokaru do Hangzhou. Trzygodzinną jazdę urozmaiciła rozmowa z Christiną, bułgarską studentką po czterech latach chińskiej filozofii na Uniwersytecie Zhejiang (w skrócie Zheda), który był celem naszej podróży. Przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym autokarze. Podczas rozmowy okazało się, że przylecieliśmy tym samym samolotem. Gdyby nie Christina, znalezienie kampusu zajęłoby mi sporo czasu – bez mapy Hangzhou i bladego pojęcia, gdzie właściwie zatrzymał się autokar.
Reszta dnia minęła głównie na rejestracji w akademiku, rozpakowywaniu się i dwugodzinnym spacerze po najbliższej okolicy. Tym wszystkim, którzy pytają mnie „jak jest/było w tych Chinach”, odpowiadam: gorąco. Zapomniałem, jaka pogoda panuje w lipcu w tej okolicy. Tajwan mnie rozpieścił. Na tamtej niewielkiej wyspie nie jesteś nad morzem tylko wtedy, kiedy jesteś w górach. Hangzhou jest gorące i wilgotne, parne, duszne. Ciężko wytrzymać. Na szczęście niemal każde wnętrze jest klimatyzowane.
Zapomniałem również, że w lecie im dalej na południe, tym dni są krótsze. W Polsce jest teraz jasno do dziewiątej, może dziewiątej trzydzieści. Tu ok. 19 zachodzi słońce, a o 19.30 zapada ciemna noc - szok.
Trzecim zaskoczeniem, tym razem takim, którego nie mogłem się spodziewać, był pokój w akademiku. Całkiem spory, jak na dwuosobowy, miał podłogę wyłożoną grubą, miękką wykładziną. Między łóżkami był panel kontrolujący oświetlenie w całym pomieszczeniu. W łazience wyłożono dwa zestawy małych mydełek, saszetek z szamponem, jednorazowych szczoteczek do zębów, czepków kąpielowych itd. Słowem – pokój hotelowy, jak malowany. Nawet jest sprzątany codziennie, a mydełka i reszta – uzupełniane.


2
Dzień po przyjeździe zaczął się od testu, którego wyniki decydowały o przydziale do grup. Na początku wszystkich czekała rozmowa wstępna. Nauczycielka szybko zorientowała się, że krótkie etapy intensywnej nauki przerywane dłuższymi okresami wypełnianymi pojedynczymi zajęciami tygodniowo pozostawiły mnie z, nazwijmy to, nierównymi umiejętnościami. Rozmowy były krótkie, a i tak minęło jakieś półtorej godziny zanim wszyscy zostali przepytani. Na szczęście drugi i ostatni etap – godzinny test pisemny – można było rozpocząć w dowolnym momencie. Ostatecznie wylądowałem w grupie 3 – szóstej z ośmiu, zaczynając od najbardziej podstawowej, więc nie jest źle. Dla ciekawych - numeracja grup wygląda tak: 1; 1,5; 2,1; 2,2; 2,5; 3; 3,5; 4.
Jak dotąd miałem okazję bliżej poznać dwóch uczestników kursu – Phila, mojego australijskiego współlokatora (o którym za chwilę), i Amerykanina Iana, z którym wyprawiłem się nad Zachodnie Jezioro – akwen, dzięki któremu o Hangzhou słyszał cały świat (przynajmniej w czasach, gdy czytano zapiski z podróży Marco Polo). Nad jeziorem wszechobecni byli chińscy turyści, cudzoziemców było niewielu. Wszystkich równo katował upał, czasami łagodzony lekką bryzą. W pewnym momencie zgłosiła się do nas Chinka, która chciała byśmy wspólnie z nią nagrali krótką wypowiedź (przytoczę w całości: „We love Hangzhou!”), którą obiecała zamieścić na swoim kanale YouTube. To było niecodzienne.
Jakiś czas później inna Chinka najpierw podeszła by zrobić nam zdjęcie, po czym przyprowadziła chłopaka, który zrobił jej z nami wspólne zdjęcie. To było irytujące, ale nie nieoczekiwane. Najwyraźniej biały cudzoziemiec w dalszym ciągu podnosi wartość pamiątkowego zdjęcia. Same old, same old. Biały cudzoziemiec czuje się trochę jak atrakcja turystyczna lub małpa w klatce. Z drugiej strony, biały cudzoziemiec nieustannie fotografuje Chińczyków bez pytania, więc biały cudzoziemiec nie ma prawa narzekać.
Wracając do Phila. Phil już nie jest moim współlokatorem. Pojawił się pierwszego dnia, późnym wieczorem. Pogadaliśmy, pożartowaliśmy. Poczęstowałem go babcinym keksem. Następnego dnia oznajmił, że woli mieszkać sam by nie dzielić się łączem internetowym, co zrozumiałe, ale zmusiło i mnie do przeprowadzki (alternatywą było samodzielne opłacenie dwuosobowego pokoju). Pokoje jednoosobowe są obsługiwane tak, jak dwuosobowe, ale to wszystko, co łączy je z hotelowymi. Mimo to nie mam co narzekać – jest łóżko (typowo chińskie, znaczy – bardzo twarde), jest prysznic (od muszli klozetowej dzieli go półtora kroku – luksus!), jest klimatyzacja, da się żyć. Przy klatce schodowej jest wspólna kuchnia, wspólna lodówka i zbiornik z wrzątkiem, wystarczy kupić herbatę oraz tutejszy odpowiednik zupek chińskich i jest się ustawionym na cały wyjazd.
Wracając do łącza internetowego. Każdy pokój ma gniazdko, kabel kosztuje 5 yuanów (1 yuan – 40-50 groszy), dostęp do Internetu – 60 yuanów/miesiąc. Żeby go wykupić należy zostawić w recepcji kopię paszportu i legitymacji studenckiej (lub zaświadczenie o przyjęciu na kurs, jeśli, tak jak ja, nie otrzymało się jeszcze legitymacji).
A potem jakiś pan Zhang, Cheng czy inny Zhou musi coś przestawić w systemie, a może to zrobić dopiero w dzień roboczy. Wykupiwszy dostęp do Internetu w sobotę należy poczekać do poniedziałku. Trudno, co robić.

(W poniedziałek okaże się, że akurat tego dnia zamknięta jest biblioteka, w której – jak sądzę – znajduje się serwerownia, także trzeba czekać do wtorku. We wtorek czeka mnie kilkugodzinna batalia z chińskimi zabezpieczeniami blokującymi dostęp m.in. do tego blogu. Ale o tym wszystkim później.)

Nareszcie!

Nareszcie wakacje!
Nareszcie w Chinach!
Nareszcie mam Internet! A co za tym idzie, mogę wznowić pisanie blogu. Właściwa aktualizacja nastąpi, jak tylko przypomnę sobie jak się konwertuje zdjęcia, żeby można je było szybciej przesyłać.

AKTUALIZACJA (niewłaściwa)
Chyba straciłem możliwość zamieszczania zdjęć na blogu. W związku z tym do rozwiązania problemu (czytaj: do założenia konta na Picasie) teksty będą gołe. A skoro jeden obraz zastępuje tysiąc słów, będę się musiał bardzo starać.

wtorek, 28 czerwca 2011

Post kontrolny.

Dwa dni przed wylotem. Paszport jest, wiza jest, bilet jest. Z Warszawy lecę przez Moskwę, do Szanghaju. Z Szanghaju pociągiem do Hangzhou. Tam spędzę cztery tygodnie na kursie języka chińskiego organizowanym przez Zhejiang University.