poniedziałek, 20 sierpnia 2012

4269,9...

...czyli Road trip, część ostatnia.

Wyjechaliśmy rano z Waszyngtonu, w południe oddaliśmy Aveo w Filadelfii a późnym popołudniem byliśmy w Nowym Jorku.

Aveo zwróciliśmy z czterema tysiącami, dwieście sześćdziesięcioma dziewięcioma i dziewięcioma dziesiątymi mili na liczniku. 4269,9 mil - 6871,8 kilometrów - w 15 dni. Z tego 4 dni polegały tylko na przejechaniu z punktu A do punktu B, bez jakiegokolwiek zwiedzania, a przez 2 dni - trzeci dzień w Nowym Orleanie i dzień w Waszyngtonie - w ogóle nie ruszaliśmy samochodu.

W tym czasie poruszaliśmy się ze średnią prędkością 19 kilometrów na godzinę, i to bez uwzględnienia odległości przebytych na piechotę lub innymi środkami transportu.

Sens tego wywodu jest taki: to była długa i daleka podróż, jesteśmy zmęczeni. Mamy jeszcze pełne pięć dni do wylotu i jeszcze nie wiemy, co z nimi zrobimy. Może będziemy wykańczać Nowy Jork, zwiedzając miejsca, na które nie starczyło nam wcześniej czasu. Może udamy się do Bostonu. Choć gdybym miał podjąć decyzję w tym momencie, to chciałbym po prostu posiedzieć i odpocząć. Co pewnie do jutra mi się znudzi.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Waszyngton DC

Dziś obejrzeliśmy Waszyngton. Przeszliśmy cały National Mall - pas zieleni, wokół którego mieszczą się najsłynniejsze waszyngtońskie obiekty, od pomnika Lincolna przez Kapitol po Biały Dom - i fragment Georgetown, najstarszej części miasta.




Pomnik upamiętniający udział USA w II WŚ...

...i moja ulubiona część tegoż.
Kilroy był memem - żołnierze amerykańscy rysowali go wszędzie, gdzie dotarli.



Biały Dom

 Kapitol

Feministki pod Kapitolem

 Dzieci feministek


Uniwersytet Georgetown

 Nad Potomakiem

Autor w metrze

sobota, 18 sierpnia 2012

Road trip, część przedostatnia

Z Nowego Orleanu przejechaliśmy na noc do Chattanoogi w stanie Tennessee, przez - między innymi - Alabamę i Georgię, przy okazji wracając do poprzedniej strefy czasowej i przekraczając trzy tysiące mil na liczniku.

W Chattanoodze wjechaliśmy na zbocze górującej nad miastem Lookout Mountain by dotrzeć (windą, Amerykanie nie lubią się męczyć) do jaskini, w której znajduje się imponujący podziemny wodospad Ruby Falls.

Z Chattanoogi pojechaliśmy do Winston-Salem w Karolinie Północnej drogą wiodącą przez łańcuch górski Great Smoky Mountains (nie dam głowy, jak się nazywają po polsku). Autentyczna, wijąca się górska droga, po jednej stronie zbocze, po drugiej rzeka, na rzece ludzie spływający pontonami i kajakami. Fajny odcinek, jeden z niewielu, gdzie było co oglądać z samochodu.

Po noclegu w Winston-Salem u mojej znajomej z Chin (znajomej Amerykanki poznanej w Chinach) ruszyliśmy dalej na północ, zatrzymując się by obejrzeć kampus Uniwersytetu Virginii, założonego przez Thomasa Jeffersona. Przy okazji przekroczyliśmy czwarty tysiąc na liczniku. Wieczorem dotarliśmy do Waszyngtonu. Mamy dzień by obejrzeć stolicę USA, pojutrze oddajemy samochód w Filadelfii i wracamy do Nowego Jorku.








środa, 15 sierpnia 2012

Ostatki

Trzeci i ostatni dzień w Nowym Orleanie minął nam na włóczeniu się po mieście bez konkretnego celu, przyglądaniu się mieszkańcom i przesiąkaniu atmosferą. I deszczem. I voodoo.

Voodoo występuje tu w różnych postaciach - są sklepiki oznaczone mniej lub bardziej mistycznymi symbolami, sprzedające magiczne składniki. Gdzie indziej wśród gadżetów dla turystów są pluszowe laleczki voodoo i plastikowe czaszki. Ale jest też grób Marie Laveau, XIX-wiecznej "królowej voodoo", i drobne dary, składane przy nim przez ludzi liczących na nadnaturalną interwencję.

I jest tutejsze jedzenie. Nie wiem, ile voodoo wymaga jego przygotowanie, ale jest pyszne.


Hipsterskie okulary z wąsem.





Maski karnawałowe.

Koszulki ze wzorami na bazie fleur-de-lis, symbolu Nowego Orleanu.
 


Najciekawsza pozycja w menu: deserowe ciastka z bekonem.
Nie zaryzykowaliśmy.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Na plantacji i na bagnach (i mokradłach)

Dzisiaj kieruję się zasadą, że jedn obraz jest wart tysiąca słów. Byliśmy na wycieczce, podczas której emerytowany wojskowy opowiadał nam o florze i faunie Luizjany. Poza tym karmił aligatory.










poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Pierwszy dzień w Nowym Orleanie

 Pierwszego dnia w Nowym Orleanie robi się tylko jedno - wsiada się do tramwaju i jedzie do francuskiej dzielnicy. Pochodzić, pooglądać, posłuchać muzyki na żywo docierającej z barów i restauracji, lub granej na ulicach. Idzie się zjeść lokalną, cajuńską jambalayę (potrawa z ryżu i wszystkiego, od papryki i zająca po kiełbasę i krewetki), ewentualnie dopychając deserowymi beignetami (coś jak trójkątny pączek, bez nadzienia, zakopany w cukrze-pudrze).
A wieczorem przepycha się między tłumami na Bourbon Street, krążącymi między barami, dyskotekami, klubami ze striptizem i kawiarniami z jazz-bandami. Dla każdego coś miłego.

Tennessee Williams napisał tu "Tramwaj zwany pożądaniem".
"Tu" w Nowym Orleanie, nie "tu w tym tramwaju".





 La Place Jean-Paul Deux.



 Nowoorleańska panorama z drugiego brzegu Missisipi.
Z centrum do przeciwległego Algiers Point krąży bardzo szybki, darmowy prom.





Dodatek kulinarny:
Kurczak pieczony po cajuńsku z jambalayą.

Odrobinę przereklamowana Cafe du Monde,
ale wszyscy turyści tu przychodzą,
więc my też musieliśmy.
 
Beignets. 
(Beignety?)