wtorek, 9 sierpnia 2011

Dni 35-38. Nanjing i wioski prowincji Jiangxi

35 - Nanjing

Trudności nie skończyły się na deszczu i niemożności zakupienia biletów. Następnego dnia Janowi udało się zgubić aparat – a konkretniej, zapomnieć zabrać go wraz z resztą rzeczy, które położył na murku, gdy sprawdzaliśmy mapę. Błyskawiczny powrót taksówką na miejsce zdarzenia na nic się nie zdał, aparat wyparował.

Na plus Janowi należy zaliczyć to, że po paru „donnerwetterach” pogodził się ze stratą, i przez resztę dnia zwiedzał w dobrym humorze.

Nanjing poznawaliśmy głównie z taksówek, które zabierały nas od jednej polecanej przez Lonely Planet atrakcji do drugiej. W sumie i tak niewiele zobaczyliśmy – muzeum, grobowiec Ming Xiao (jedyny cesarz dynastii Ming pochowany poza Pekinem; grobowiec nazwano na cześć jego żony), kawałek murów miejskich (to przy nich Jan przypomniał sobie o aparacie, więc obejrzeliśmy je w przelocie, jedną nogą w taksówce) i Memoriał.

Memoriał jest muzeum/masowym grobem/pomnikiem pamięci 300 000 ofiar masowych egzekucji dokonywanych przez Japończyków na ludności cywilnej Nanjingu od zdobycia miasta w 1937 roku. „Masowy grób” nie jest przenośnią – jedną z części Memoriału jest hala wybudowana wokół jednego z częściowo rozkopanych grobów. Informacje o przyczynach zgonów, na jakie wskazują stany szczątków, nie pozwalają traktować tego miejsca jako „kolejnego muzeum pokazującego kości”. Wystawa – jeśli można tak ją nazwać – robi wstrząsające, organiczne wrażenie. Było mi niedobrze.

Jednocześnie – choć to pewnie nowszy dodatek – wszystko kończy się pozytywną nutą, Parkiem Pokoju poświęconym powojennej budowie chińsko-japońskiej przyjaźni.

Chciałbym się przekonać, jak pamięć o tych wydarzeniach wpływa na współczesnych mieszkańców Nanjingu – prawdopodobnie ze względu na datę mojej wizyty i lekturę rocznicowych artykułów na Wyborcza.pl nasuwały mi się skojarzenia z okupacją i zniszczeniem Warszawy po powstaniu – ale nie miałem kogo zapytać.

___

Zdjęcia!

http://www.wupload.com/file/85241187/34-35_Nanjing.rar



36-38 - Jiangxi

Do prowincji Jiangxi trafiłem z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałem rozbić podróż z okolic Hangzhou/Nanjingu do Xiamen na dwie części, co nie do końca się udało, bo przejazd ze stolicy Jiangxi – Nanchang – do Xiamen trwał ponad szesnaście godzin. Dla porównania, z Xiamen do Szanghaju – dwukrotnie dłuższy dystans – będę jechał osiem godzin.

Drugim powodem były rozrzucone po prowincji wioski grupy etnicznej Hui, otoczone „nieskalanym środowiskiem”, w których „życie toczy się jak przed tysiącem lat” (swobodne cytaty za przewodnikiem Lonely Planet).

Jakby to powiedzieć… Tak, ale.

Nieskalane środowisko – prowincja Jiangxi jest bardzo malownicza, zwłaszcza jej północna część, blisko prowincji Anhui (i bardzo blisko Huang Shan). Zielone wzgórza, czasami zamiast lasem porośnięte szeregami herbacianych krzewów. Pomiędzy wzgórzami – potoki lub płaskie jak stół poletka ryżowe. Natomiast „nieskalane” jest już nieadekwatne. Do każdej oprócz najbardziej niedostępnej z wiosek, które odwiedziłem, prowadzi asfaltowa szosa, powstają mosty i wiadukty. Ponieważ okolica zaczęła przyciągać chińskich turystów (m.in. hasłem „prefektura Wuyuan – najpiękniejsza wieś w Chinach”) w większych miasteczkach jest pełno hoteli i hotelików. W wioskach zaś…

Tym sposobem docieramy do drugiego cytatu, „życie toczy się jak przed tysiącem lat”. Tu wiele zależy od tego, o której wiosce mówimy. We wszystkich pojawiły się dwujęzyczne tabliczki wskazujące kierunek zwiedzania i opisujące najciekawsze zabytki. W niektórych – to wszystko. Miejscowi żyją z uprawy roli, próbują nie zwracać uwagi na turystów a trzystoletnie domostwa pozostają zamieszkane i powoli popadają w ruinę. W innych większość mieszkańców przestawiła się na pełne utrzymywanie z turystów – wynajmując pokoje na nocleg, prowadząc sklepiki i restauracje czy sprzedając tradycyjne chińskie wyroby, od rzeźb z pachnącego drewna po taśmy z przemówieniami Mao.

Jak właściwie wyglądają te wioski grupy etnicznej Hui? Białe ściany, czarne dachówki. Domy zazwyczaj piętrowe, zewnętrzne ściany – murowane, wewnętrzne – drewniane, z fantastycznie rzeźbionymi panelami. Punktem centralnym jest wewnętrzny dziedziniec, tzw. „studnia światła” – bez dachu, więc oprócz światła daje też deszczówkę. Większość odwiedzonych przeze mnie wsi chwaliła się co najmniej tysiącletnią historią, ale budynki miały przeważnie od stupięćdziesięciu do trzystupięćdziesięciu lat.

W gruncie rzeczy powyższy opis pasuje do wszystkich wiosek. Oczywiście, jedna wyróżniała się szczególną świątynią, w innej zachował się dziewięćsetletni most, ale poza tym były dość podobne. Za to interakcje z mieszkańcami przebiegały… różnie. Jedna ze wsi niemal wyglądała na opuszczoną – ponieważ było niewiele po południu, mieszkańcy zrobili sobie przerwę. Największe skupisko znalazłem w jednym z domostw, gdzie grali w karty i domino na pieniądze (proszę mnie nie pytać, jak można grać w domino na pieniądze, nie zdołałem zrozumieć zasad). Po Wangkou – wsi, w której nocowałem – oprowadziła mnie czternastoletnia córka gospodarzy, a ja zrozumiałem może jedną trzecią tego, co mówiła. Po innej wsi oprowadził mnie w miarę sympatyczny miejscowy – zaczął od tego, że zaoferował, że zrobi mi zdjęcie na tle wioski, a potem nie chciał się odczepić, więc z każdym kolejnym krokiem byłem coraz bardziej przekonany, że na koniec zażąda ode mnie pieniędzy. Mniej więcej co trzydziesty krok miałem wyrzut sumienia, że może po prostu facet jest przyjazny względem przyjezdnych, a ja mam takie paskudne podejrzenia.

Ostatecznie zaskoczył mnie nie żądaniem, a kwotą – 10 yuanów za 40 minut było więcej, niż uczciwą ofertą, więc zapłaciłem bez wahania.

Co prawda zrozumiałem może jedną dziesiątą tego, co mówił, ale to już mój problem.

W większości wiosek lawirowałem pośród tłumu turystów (głównie grupowych wycieczek), ale byłem jedynym cudzoziemcem. Zapewniano mnie, że waiguoren często odwiedzają tę okolicę, ale pierwsze trzy białe osoby zobaczyłem dopiero na dworcu, czekając na autokar do Nanchang.

Były to jedyne białe osoby, które zobaczyłem przez trzy dni pobytu w Jiangxi.

___

Zdjęcia!

http://www.wupload.com/file/85241189/36-38_wioski_Jiangxi.rar

środa, 3 sierpnia 2011

Dzień 34. Kryzys trzeciego dnia (podróży)

Deszcz, kolejna próba załatwienia sprawy trefnych biletów kolejowych i błędne wskazówki zawarte w przewodniku zamieniły pierwszy dzień w Nanjingu w może nie męczącą, ale szalenie irytującą przeprawę.

Deszcz przyblokował nas w małej knajpce podczas obiadu i zmusił do zakupienia parasolek. Przynajmniej w przyszłości będziemy przygotowani, ale straciliśmy przez to dłuższą chwilę.

Trefne bilety Jan kupił jeszcze w Hangzhou – jeden to drobnostka, miejsce siedzące zamiast leżącego podczas dwunastogodzinnego przejazdu; drugi umożliwia podróż 4 sierpnia trasą, którą Jan zamierza pokonać 8 sierpnia. Wczoraj w Suzhou próbował je wymienić – bez powodzenia, kazano mu wrócić do Hangzhou i tam je wymieniać. W związku z tym spróbował kupić nowe, ale powiedziano mu, że będzie musiał czekać dwa dni. Tym razem nawet nie próbował ich wymieniać, od razu postanowił kupić nowe – ale na tutejszym dworcu można kupować bilety najwyżej cztery dni przed podróżą.

Dworzec opuściliśmy po 18 – zabytki, muzea i inne atrakcje turystyczne były już pozamykane. Mieliśmy jeszcze w planach wejście na czternastowieczną Wieżę Bębnów, która powinna być otwarta do północy, ale albo przewodnik nas oszukał, albo tego akurat dnia zamknięto ją wcześniej.

To wszystko prawdopodobnie nie irytowałoby mnie tak bardzo, gdyby nie to, że w Nanjingu spędzę w sumie półtora dnia – jutro o 20 mam pociąg do Nanchangu – i mam poczucie, że zmarnowałem już jedną trzecią tego czasu. Do tego perspektywa samotnego podróżowania przez kolejne dziesięć dni trochę mnie przytłacza, co wpływa na ogólne samopoczucie.

Nie, żeby nic nam dzisiaj nie wyszło. Po pierwsze, dużym osiągnięciem było odnalezienie autobusu, przejechanie piętnastu przystanków i znalezienie się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Biorąc pod uwagę to, jak trudno się połapać gdzie co w Chinach jedzie, jestem z siebie dumny.

Po drugie, obejrzeliśmy Jangcy z potężnego, dwupoziomowego, liczącego cztery i pół kilometra mostu zbudowanego przez chińskich komunistów w latach 60. Była to pierwsza przeprawa kolejowa przez Jangcy. Wjazdu na most strzegą socrealistyczne figury żołnierzy rewolucji, przodowników pracy i kogo tam jeszcze. Widok ze szczytu jest raczej przygnębiający – ukryte w smogu miasto, doki, Jangcy po której nieustannie pływają wyładowane kontenerami barki – no i coś, co kiedyś było chodnikiem obecnie jest pasem dla skuterów, więc spacer nie należy do przyjemnych. Mimo to było to bardzo… unikalne… doświadczenie. W pozytywnym sensie.

___

Ogłoszenie parafialne: jutro wieczorem zabieram się nocnym pociągiem do prowincji Jiangxi. Prawdopodobnie nie będę miał dostępu do Internetu przez kolejne pięć dni. Może się mylę, zobaczymy, ale raczej do przyszłego tygodnia nie będzie nowych tekstów.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Dzień 33. Drugi rzut oka na Suzhou

Kiedy Marco Polo odwiedzał tę okolicę, Chińczycy mieli takie powiedzenie: „na górze jest Niebo, na dole – Suzhou i Hangzhou”. Mogę się zgodzić z częścią dotyczącą Hangzhou, ale Suzhou? Od czasów Marco Polo sporo się zmieniło, miasto się potwornie rozrosło i niegdysiejsza „Wenecja Wschodu” została przykryta szkaradną, bezkształtną, betonową masą i nijak nie zasługuje już na to miano.

(Z drugiej strony w oryginalnej Wenecji byłem mając siedem lat, więc może trochę ją teraz idealizuję.)

Tyle na pierwszy rzut oka.

Na drugi rzut oka betonowa masa nadal tam jest, ale jeśli dobrze poszukać, można znaleźć przebłyski starego Suzhou. Miasto w dalszym ciągu słynie ze swoich ogrodów (niektóre założono ponad tysiąc lat temu), ale stare Suzhou nie ogranicza się wyłącznie do nich. Szeregi małych, białych domków ciągnące się wzdłuż krzyżujących się kanałów robią wrażenie, nawet jeśli najstarsza uliczka w mieście została przerobiona na pułapkę dla turystów. Przynajmniej jest w miarę gustowną pułapką – w starych budynkach mieszczą się herbaciarnie, kawiarnie, sklepiki z mniej lub bardziej dizajnerskimi ciuchami i minigalerie sztuki, ale całość wygląda całkiem zgrabnie. Zresztą po drugiej stronie kanału identyczne budynki są nadal zamieszkałe, a ludzie robią pranie w kanale. Razem daje to, jakby to ująć… niepowtarzalnie chiński efekt.

Drugim plusem Suzhou jest to, że zieleń nie ogranicza się do ogrodów. Nad kanałami zwieszają się kwitnące drzewa, jest kilka parków – nie jest to Hangzhou, ale trochę zieleni jest.

Trzecim plusem – i to mi się bardzo podoba – są starania, by miasto zachowało swój charakter. Nowe budynki projektowane są tak, by wtapiały się w okolicę, a przynajmniej nie odcinały boleśnie na jej tle. Koło jednego z parków wznosi się kompleks wielogwiazdkowego hotelu – najwyższy budynek ma może trzy piętra, wszystkie mają białe ściany i spadziste dachy przykryte czarnymi dachówkami. Wtapiają się. Nowy budynek muzeum Suzhou, mimo nowoczesnej bryły, jest w czerni i bieli, tak, że tworzy jednolitą całość z okolicą. To jest fajne.

Niestety, na każdy budynek który współgra z okolicą przypada pięć takich, które pasują do niej jak pięść do nosa. Do tego należy dodać, że fajne, zielono-biało-czarne fragmenty miasta to wysepki w morzu wyżej wzmiankowanej brzydoty. Innymi słowy – Suzhou ma swoje uroki, ale trzeba się namęczyć, żeby je znaleźć.

Z drugiej strony to, co wartościowe, wymaga wysiłku.

Z trzeciej strony (czyli wracamy do pierwszej strony, o ile mówimy o medalach), nie chciałbym tu mieszkać. A w Hanzghou mógłbym, przynajmniej przez jakiś czas.

___

Zdjęcia z Suzhou!

http://www.filesonic.com/file/1576636034

PS Jest gorąco. Białe wzory na mojej koszulce na ostatnim zdjęciu to nie nadruk, to sól pozostała po odparowaniu potu.

PPS Tak, koszulka ma również zwykły biały nadruk. Wiecie, o co mi chodzi.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dzień 32. Tongli

Z chińską koleją zapoznaję się na nowo na spokojnie, etapami. Pierwszy etap był bezbolesny – z Hangzhou do Suzhou, przez Szanghaj. Trzy godziny w pierwszej klasie – da się przeżyć (potem będzie gorzej; prawdopodobnie dużo gorzej).

Suzhou na pierwszy rzut oka wygląda tak, jak je zapamiętałem – wielki plac budowy. Większość zabudowy jest anonimowa i brzydka, czasami da się zauważyć jakiś bardziej malowniczy, zabytkowy budyneczek. Zazwyczaj brudny i zaniedbany. Zobaczymy, czy drugi rzut oka – jutro – odsłoni jakieś nowe strony miasta.

Skoro o malowniczych, zabytkowych budyneczkach mowa – nasz hostel mieści się w jednym z nich. Jest całkiem sympatyczny (ma darmowe wifi, co dodaje mu mnóstwo uroku), wspólne pomieszczenia są niemal przytulne, wypełnione zbiorem książek i filmów na dvd z których można korzystać podczas pobytu. Sypialnie za to są dość podstawowe – podłoga, sufit, cztery ściany, dwa piętrowe łóżka, trochę grzybów na ścianach. Da się wytrzymać.

Ponieważ podstawowe atrakcje Suzhou są mi znane, zostawiłem Jana, by sam je odwiedził, i wybrałem się do pobliskiego miasteczka Tongli. Przewodnik sugeruje, że Tongli znajduje się pod miastem, w rzeczywistości aby tam dojechać nie wyjeżdża się z miasta – w pewnym momencie zabudowa robi się tylko trochę mniej gęsta.

Tongli jest jednym z licznych w tym regionie miasteczek poprzecinanych kanałami. Założono je kilkaset lat temu (bodajże ok. 9 wieku n.e.), zdaje się, że rozwinęło się dzięki handlowi uprawianemu kanałami. Wstęp do ścisłego starego miasta jest płatny, ale sama okolica jest żywa – poza atrakcjami turystycznymi, w rodzaju zabytkowych pawilonów, rezydencji czy wciśniętych między budynki kieszonkowych ogrodów, urocze budynki wznoszące się nad kanałami są zamieszkane. Co z jednej strony sprawia, że są w widoczny sposób „zużyte”, a z drugiej – nadaje temu miejscu fajnej atmosfery. Co prawda wszystko jest tu nastawione na turystów, ale wystarczy zgubić się trochę z dala od głównych uliczek, by odnaleźć się w gąszczu wąskich alejek, gdzie nie znajdzie czatują żadni sprzedawcy.

Wspominałem, że wstęp do ścisłej starówki jest płatny – 100 yuanów, co na chińskie warunki jest dość wygórowaną ceną, ale bilet obejmuje ze dwadzieścia atrakcji rozrzuconych po starówce. Niestety zdołałem odwiedzić może cztery z nich. Dojazd z Hangzhou, szukanie hostelu i przejazd do Tongli zajęły dużo czasu i po prostu przyjechałem za późno. Z drugiej strony dwie godziny biegania wzdłuż kanałów mocno mnie zmęczyły, więc nawet gdybym przyjechał tu na cały dzień nie wiem, czy obejrzałbym dużo więcej.

Jutro zwiedzam razem z Janem, więc zostajemy w Suzhou.

___

Zdjęcia z Tongli! Mało, ale zawsze coś:

http://www.wupload.com/file/73459058/pakiet32_Tongli.rar