czwartek, 10 stycznia 2008

Spacerem po Kantonie i Nanhai – oraz o kuchni chińskiej słów parę

We wtorek ruszyliśmy z bratem do Kantonu. Po krótkim kursie autokarem 2202 i przejechaniu trzech przystanków metrem znaleźliśmy się na starcie naszej wycieczki - tuż koło wyspy Shamian, cichego, zielonego zakątka z kolonialną zabudową. To chyba moje ulubione miejsce w Kantonie. Co prawda nie było mnie tutaj od wyborów (na wyspie jest polski konsulat) ale przez dwa miesiące nic się nie zmieniło. Nawet pogoda – od przyjazdu Kuby temperatura za dnia utrzymuje się koło 25 stopni... a zima kończy się za miesiąc.

Przeszliśmy wyspę (wysepkę właściwie) wzdłuż i wszerz i wróciliśmy na stały ląd. Następnym punktem programu był bazar Qingping, opisany w Lonely Planet jako „zdecydowanie nie polecany” ze względu na setki kotków, piesków i innych stworzonek przetrzymywanych w strasznych warunkach a sprzedawanych w celach konsumpcyjnych.

Pozostawiając Rzekę Perłową za plecami zanurzyliśmy się w gąszczu kantońskich uliczek. Na początku otaczały nas zwykłe sklepy z jakimś ziarnem, orzechami i suszonym wszystkim (od grzybów po krewetki), po jednak po kilku przecznicach dotarliśmy do celu. Chyba.

Ciężko powiedzieć – niby piesków, kotków i rybek w malutkich klatkach lub miskach było pełno – ale z drugiej strony tuż obok sprzedawano kojce, koszyki i akwaria. Nie wyglądało to szczególnie okrutnie... przynajmniej do momentu w którym sprzedawca zapakował kotka do siatki w jakiej kupujemy włoszczyznę. Potem siatkę z kotkiem umieścił w plastikowej torebce ale, jak zauważył Kuba, nie zawiązał jej.

Nie wiem, co się stanie z tym kotkiem. Kiedy Fuschia zobaczyła zdjęcia z Qingping stwierdziła, że te psy i koty na pewno nie były do jedzenia – były na to za małe...

Z bazaru, idąc równolegle do rzeki przepchnęliśmy się przez tłum ludzi pod katedrę Świętego Serca. Zatrzymaliśmy się na moment by kupić cukrowego Osamę i ruszyliśmy dalej, przecinając plac Haizhu (tak naprawdę to rondo...) i ruszając dalej ku Beijing Lu. Po drodze usiedliśmy w przydrożnej restauracji ale że kazali nam czekać to sobie poszliśmy. Zamiast tego wypróbowaliśmy chiński fast food sieci KungFu (serio serio) co było błędem. Na plus sieci KungFu mogę zaliczyć to, że jedzenie smakuje niemal tak samo jak to, które można dostać w przydrożnych jadłodajniach. Na minus – to, że jedzenie które smakuje niemal tak samo jak to, które można dostać w przydrożnych jadłodajniach jest tu dwa razy droższe. Kubie nie spodobały się ponadto walory estetyczne rosołu z jedwabistego kurczaka - wyglądał, parafrazuję brata, „jakby go granatem upolowano”.

Jak się miało okazać był to wstęp do tego, co czekało nas po powrocie do Foshan...

Zanim jeszcze nasz autokar na dobre opuścił dworzec zadzwoniła Fuschia (przypominam – córka pana Yu, uniwersyteckiego zarządcy zasobów ludzkich), zapraszając nas na kolację. Prosto z autokaru ruszyliśmy więc pod uniwersytet gdzie pan Yu z żoną, Fuschią a także innym uniwersyteckim nauczycielem, jego żoną (chyba) i córką (...relacji rodzinnych tutaj nie jestem pewien) czekali na nas w mikrobusie.

Na kolację był hot pot – nie mylić z gorącym kubkiem. Stołowaliśmy się wokół okrągłego stołu pod którym znajdowała się kuchenka gazowa. Na niej, w wyciętej w stole dziurze - gar z gotującą się wodą. I o ile w Pekinie uwielbiałem hotpoty – tam występujące w stylu (ponoć) mongolskim, gdzie w garnku na bieżąco stołownicy gotują różne warzywa, kulki rybne, skrawki jagnięciny i innych mięs – o tyle ten hotpot był w stylu guangdońskim. Niestety. Na początku do gara trafił porąbany na kawałki kurczak, tak, że nie było fragmentu bez skóry czy kości. Kiedy wreszcie go zabrano i zaczęliśmy z nadzieją wyglądać następnego dania otrzymaliśmy... gołąbka. Jakoś za dużo stópek pływało w garze ale ta tajemnica wyjaśniła się, kiedy ktoś wyłowił drugą główkę...

Z Kubą ratowaliśmy się tofu i kawałkami gotowanego kokosa i jakoś przecierpieliśmy do końca. Jedynym autentycznie smacznym daniem – przystawką właściwie – były cienkie indyjskie placki z bananem lub fistaszkami. Poza tym było trochę za bardzo egzotycznie...

Przynajmniej dowiedzieliśmy się, że psy zazwyczaj jada się w hotpotach właśnie – a poza tym, że są potrawą sezonową, popularną w zimie.

Środę zacząłem od ostatniej lekcji chińskiego ze Spring. Po lekcji spotkaliśmy się pod uniwersytecką bramą z Kubą i Fuschią – chciałem, żeby Kuba poznał Spring, Fuschia zaś zgodziła się nam pomóc w szpitalu bo Kuba wlał sobie za dużo lekarstwa do ucha i przestał być stereofoniczny. Okazało się jednak, że jest już za późno, za parę minut miała się zacząć przerwa obiadowa więc po krótkiej wizycie w szpitalu mającej na celu ustalenie, kiedy przerwa się kończy Fuschia zabrała nas do ogrodu Liangów.

Nie wiem, czym zajmowała się rodzina Liangów ale w połowie XIX wieku zbudowali parę pawilonów służących, między innymi, za szkołę i urządzili przy nich ogród. Całość zachowała się do dnia dzisiejszego i stanowi jedną z atrakcji turystycznych Foshan. Niewielką bo niewielką ale całkiem przyjemną. Obejrzeliśmy pawilony, posłuchaliśmy gadającego ptaka (mało gadatliwego), zrobiliśmy rundę wokół stawu i wróciliśmy do szpitala. Tam lekarz internista zajrzał w ucho, pogrzebał długim i wyglądającym na zaostrzony patykiem, coś tam po kantońsku zamruczał i przywrócił Kubie fonię.

Medycyna dalekiego Wschodu – niezawodna.

Po szpitalu Fuschia zabrała nas do bardzo niepozornej restauracji z bardzo, bardzo dobrym jedzeniem. Dostaliśmy zupę z pierożkami, zimne kluski na ostro, pomidorową z kluskami (w wydaniu chińskim – czyli była tam jeszcze cebula i tuzin innych, nieidentyfikowalnych składników) i siekane kartofle w karmelu (serio serio).

W odróżnieniu od kolacji z poprzedniego dnia ten obiad wypadł znakomicie.

Wieczorem jeszcze raz zeszliśmy się z Fuschią, tym razem celem wybrania się spacerem – gdzieś. Zaczęliśmy od pobliskich bazarów na których Kuba robił zdjęcia rybim łbom, psininie i wszystkiemu innemu co przyciągnęło jego uwagę. Na przykład obsłudze zakładu fryzjerskiego o wybujałych fryzurach (bardzo popularne pośród chińskich fryzjerów). Na początku się wzbraniali ale po pierwszym zdjęciu wszyscy zaczęli się garnąć – a potem robić zdjęcia nam i z nami.

Z bazarów ruszyliśmy nad Jezioro Światła – nazywane tak ze względu na kilka świecących kolumn rozstawionych dookoła sztucznego jeziora – a kiedy zaczęliśmy wracać natknęliśmy się na Kathy więc Kuba miał okazję poznać i ją. Znad jeziora wróciliśmy motocyklową rykszą bo trasę zrobiliśmy niezłą i wszyscy byli już cokolwiek zmęczeni...

Dzisiaj zaś znowu pojechaliśmy do Kantonu. Tym razem zaczęliśmy od dworca kolejowego na którym chcieliśmy się zorientować jak dojechać do Pekinu ale powstrzymał nas ludzi tłum. Kiedy przyjdzie co do czego będziemy improwizować. Z dworca piechotą przeszliśmy do Ogrodu Orchidei naprzeciwko parku Yuexiu. Orchidee (storczyki) w większości były przekwitłe ale ogród pozostał wystarczająco sympatyczny by nie była to strata czasu. Z ogrodu wróciliśmy do metra, metrem przejechaliśmy na stację Ximenkou i ruszyliśmy do świątyni sześciu banyanów (Liurong Si), tej z tysiącletnią pagodą. Wdrapaliśmy się na szczyt, porobiliśmy zdjęcia („my” – Kuba) i wróciliśmy na dół. I tak już zamykali więc jeszcze tylko wpadliśmy do muzułmańskiej restauracji vis a vis meczetu (tej samej) na obiad i wróciliśmy do Foshan.

Czyli dzień jak co dzień.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Powstał bratni blog

Pod adresem http://kuba-xiangpian.blogspot.com znajdziecie fotoblog Kuby ze zdjęciami z naszych wspólnych chińskich wypraw.
Jest to ważne z trzech powodów. Po pierwsze, Kuba jest profesjonalnym fotografem i jego zdjęcia są nieporównanie lepsze od moich. Po drugie, ponieważ bez przerwy słyszę cykanie bardzo głośnej migawki jego aparatu sam dużo rzadziej sięgam po swój i zdjęć robię mało. Po trzecie wreszcie - na jego zdjęciach pojawiam się o wiele częściej niż na swoich.
Zakładanie bloga zajęło dzisiaj pół dnia (przynajmniej bez ruszania się z mieszkania - sąsiadowi gratulujemy routera) dlatego na miasto wyszliśmy dopiero po drugiej. Najpierw przedstawiłem Kubę panu Yu, uniwersyteckiemu zarządcy zasobów ludzkich. Pogadaliśmy chwilę, na pytanie Kuby co może mu polecić do zobaczenia w Foshan wymienił świątynie, dwa parki a po chwili zastanowienia - Kanton, Pekin, Xi'an* i Syczuan.
Następnie pojechaliśmy zwiedzać - najpierw niewielki obiekt który nadal jest świątynią, potem Zu Miao - świątynię przodków - które kiedyś świątynią było a obecnie jest już tylko atrakcją turystyczną.
Jak widać na załączonych obrazkach - Kuba robił zdjęcia.

W międzyczasie zaś zaznajomił się z kolejnymi dwoma elementami kolorytu. Pierwszym są wyjątkowo namolni żebracy, którzy pod bramami świątyń czatują na ofiarodawców. Stukają miskami w ramię, ustawiają się za kolejką po bilety. Polują stadnie, otaczają, odcinają drogę ucieczki a kiedy ktoś się wymknie - ruszają w pogoń mimo (np) wyjątkowo rzucającej się w oczy kuli o którą wcześniej się opierali. Ale przynajmniej przez cały czas uprzejmie się uśmiechają.
Drugim elementem jest wszechobecne "helloooo", bodaj jedyne słowo po angielsku jakie znają wszyscy. W mniejszych miastach (a milionowe Foshan zalicza się do tych najmniejszych) cudzoziemiec rzadko kiedy jest w stanie przejść z punktu A do punktu B nie słysząc ani jednego "hello" na swój widok.
Najzabawniej było, kiedy spotkaliśmy grupkę dzieci z podstawówki - zaczęły nas witać a kiedy tylko Kuba zaczął robić zdjęcia - zaczęły uciekać. Został tylko jeden chłopak, ewidentnie najodważniejszy z całej paczki, bez zmrużenia oka gotów stawić czoła obiektywowi. Kuba pewnie prędzej czy później zamieści jego zdjęcie na swoim blogu.
Zachęcam do odwiedzenia go.

*- starożytna stolica Chin; to tam można zobaczyć terakotową armię

niedziela, 6 stycznia 2008

Welcome to Nanhai, mister Bond...

Po nieprzespanej nocy (dosłownie – nie wiem czemu, noc jak każda inna, położyłem się jak zwykle, herbaty nie piłem a tu – taki psikus) zwlekłem się z łóżka o szóstej. O siódmej z niewielkim haczykiem byłem już w drodze na lotnisko – czyli najpierw z Foshan na dworzec na przedmieściach Kantonu a dalej plan zakładał, że zobaczę co się stanie - żeby odebrać stamtąd brata Kubę.

Okazało się, że trasa jest prostsza, niż mi się wydawało. Z najbardziej przeze mnie uczęszczanego dworca autobusowego (Fangcun – jeśli kogoś to interesuje) co pół godziny odchodzi autokar który ma tylko trzy przystanki na trasie – dwa hotele i lotnisko.

Dziewiąta punkt byłem na stanowisku. Po paru minutach zaczęli powoli wysypywać się Finowie i inni pasażerowi lotu z Helsinek. Po kwadransie ni z tego ni z owego tłum rozstąpił się i dostrzegłem obładowanego plecakami (sztuk dwa) Kubę.

Po przywitaniu brata pierwsze kroki w Państwie Środka zaprowadziły go do bankomatu.

Następne – do McDonalda. Ale to nie bez mojej winy, sam zasugerowałem żebyśmy tam skonsumowali jego pierwszy chiński posiłek.

W McDonaldzie odbyła się też prezentacja kubowego MacBooka, pierwsze wspólne zdjęcia (wbudowaną kamerą internetową) i pierwszy wspólny mail do Polski (przez lotniskowy hotspot).

Droga powrotna zajęła kolejne półtorej godziny.

Podczas prezentacji mieszkania – i w ogóle wprowadzania się – Kuba dokonał przełomowego odkrycia. Któryś z sąsiadów ma bezprzewodowy router do którego i my możemy się podłączyć, choć – jak wskazuje doświadczenie – nie obaj naraz bo w takiej konfiguracji co i rusz tracimy połączenie.

Koło drugiej wybraliśmy się na spacer – najpierw oprowadziłem go po uniwersytecie, zabrałem na pierożki do najbliższej pierogarni a potem po szeroko pojętej okolicy.

Tu i ówdzie natknęliśmy się na lokalny koloryt – a to plucie na ulicy, a to pies na bazarze mięsnym – ale Kuba i tak był zaskoczony. Wydawało mu się, że będzie tu brudniej i biedniej. Przynajmniej obfity smog przekroczył jego oczekiwania.

Zawsze coś.

Kuba jak to Kuba przyjechał uzbrojony w aparat i cztery obiektywy z czego dwa wziął na spacer, więc – przynajmniej dzisiaj – w zasadzie odpuściłem sobie robienie zdjęć. Jak tak dalej pójdzie to całkiem się rozleniwię.

Z pozytywów – Kuba rozpoczął wizytę od niespodziewanie ładnego dnia. Ni z tego ni z owego mieliśmy ponad dwadzieścia stopni. Ciekawe, jak długo to się utrzyma.

Może to efekt cieplarniany? Więcej smogu niż zwykle = cieplej niż zwykle?

sobota, 5 stycznia 2008

Gazety lub czasopisma

Wczoraj powinien był ukazać się nowy numer "Pracy i nauki za granicą" z krótkim artykułem Mileny Waldowskiej o pracy w Chinach. Artykuł ów przedstawia się następująco ->
Ja zaś chciałem tylko nadmienić, że w wyniku redakcyjnej ingerencji zmienił się sens mojej żartobliwej wypowiedzi. Owszem, mój angielski jest dobry - ale nie dlatego wysłano mnie do uniwersytetu. Jeśli już, to trafiłem tu dlatego, że w czasie tygodniowych praktyk w Pekinie nie radziłem sobie z trzynastolatkami...

Ceran MD czyli na planie - na planie fajnie jest!

Od poprzedniej wizyty na planie parę razy dzwoniono z pytaniem czy chcę tam wrócić - tyle tylko, że albo chodziło o dni powszednie kiedy uczyłem albo o pierwszy dzień świąt kiedy chciałem trochę ponicnierobić. Kolejna okazja nadarzyła się przedwczoraj - tym razem z niej skorzystałem.
Kiedy wczoraj trochę po ósmej rano zjawiłem się pod WalMartem gdzie czekał na mnie mikrobus (dbają o zagranicznych statystów, a co!) byłem przygotowany na cały dzień siedzenia w kawiarni/restauracji - miałem książkę, chińskie rozmówki do nauki a nawet czysty zeszyt na wypadek nagłego ataku weny.
Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie kiedy poinformowano mnie, że tym razem mam prawdziwą, gadaną rolę! Najpierw powiedziano mi, że będę grał lekarza. Nie rozumiałem, dlaczego kostiumolog zamiast białego płaszcza dał mi skórzane buty, kraciastą koszulę i marynarkę, to jednak wyjaśniło się kiedy dostałem scenariusz. Pies pogryzł burmistrza, jest rozprawa w sądzie a mój chirurg, jako, że zszywał burmistrza - zeznaje.
Scenariusz był w dwóch językach - po chińsku i w chingliszu ->
Nawet moje frenetyczne poprawki niewiele dały, ostatecznie improwizowałem połowę kwestii... co i tak nie ma wielkiego znaczenia - wszystko, co nakręcono po angielsku będzie zdubbingowane...
Jak zwykle nie byłem jedynym cudzoziemcem na planie. Sędziego grał zabawny Jordańczyk (<-)(z sięgającymi ramion tlenionymi włosami był niemal równie wiarygodny co 20-letni chirurg), zresztą zawodowy aktor pracujący w Chinach; burmistrzem był Holender który nie ma zamiaru kiedykolwiek wrócić do kraju a jego adwokata grał Niemiec. Trzeba było go słyszeć jak wymawia "psychological". Sądowy woźny zaś był Rosjaninem, podobnie jak nieliczne białe twarze na widowni.
Żeby było jeszcze zabawniej adwokata właściciela psa grał Chińczyk wypowiadający swoje kwestie po kantońsku, na co ja odpowiadałem po angielsku. Tyle tylko, że nie znając języka na początku nie miałem pojęcia, czy już skończył i teraz jest moja kolej czy też może po prostu robi dramatyczną pauzę.
Na początku - przy piątej powtórce wszystko szło już w miarę płynnie. Cieszę się przynajmniej, że ani jedna z powtórek nie była konieczna z mojej winy. Kiedy kręcono moje sceny wręczyłem swój aparat Sissie. Zrobiła kilkadziesiąt zdjęć - z czego może pięć jest ostrych...
No trudno. Oto jedno z nich:

czwartek, 3 stycznia 2008

Uzupełnianie luk

Dodałem zdjęcia których nie zamieściłem wcześniej. Wyświetlają się ładnie - ale nie widzę ich w trakcie pisania dlatego układ jest trochę... chaotyczny.
Mniejsza z tym. Oto i obiecany certyfikat:Dzisiaj urządziłem sobie z Kiranem maraton - "Transporter 2" - marny, niestety... jeden Jason Statham nie ratuje filmu - a po nim "Shaft" z Samuelem L. Jacksonem. I złym Christianem Balem. I jeszcze gorszym Jeffrey'em Wrightem (Felix Leiter z "Casino Royale").
Wcale niezły film.
A po maratonie przyszedł czas na pożegnanie Kirana. Cała ekipa się rozjechała... smutno.

Sylwester i wiele rozstań

31 stycznia wybraliśmy się do Zhuhai – nadmorskiego miasta na granicy z Makau. Plan zakładał Sylwestra na plaży na pobliskiej wyspie, przenocowania w znajdującym się tam hotelu i kąpiel o siódmej rano dnia następnego (byłaby to północ czasu polskiego. I niemieckiego. I duńskiego).

Plan wypalił w 2/3. Ale zanim całą grupą znaleźliśmy się w autokarze spotkałem się z Kiranem by z jego pomocą dogadać się z obsługą sklepu w którym ostatnio zostawiłem aparat do naprawy. Z jakiegoś powodu obiektyw zaczął szwankować – kiedy tylko zaczynałem robić zbliżenie tracił ostrość, wysuwał się do końca i chował całkowicie a aparat prosił o ponowne uruchomienie.

W sklepie – mimo obecności i pomocy biegłego w chińskiej mowie Kirana – nie osiągnęliśmy żadnych rezultatów. Obsługa twierdziła, że nie zajmują się naprawą (w sumie prawda – ale poprzednio przekazali aparat do serwisu) a rachunek który pokazywałem nie pochodzi od nich (kto wie – może też z serwisu?).

A jakby tego było mało to aparat zaczął działać poprawnie. Pozostały tylko jakieś brudy które widać na każdym zdjęciu ale one były już wcześniej.

Nam zaś nie pozostało już nic innego jak dołączyć do pozostałych na dworcu.

Po trzech godzinach podróży byliśmy w Zhuhai. Nasza grupa składała się z Reginy, Ronji, Fritza, Juliana, Kirana, Madsa i mnie. Na zhuhajskim dworcu dołączyły do nas Ann i Katharina także stanowiliśmy mocną, dziewięcioosobową ekipę. Po szybkim obiedzie ruszyliśmy na poszukiwanie promu który zabrałby nas na wyspę.

I tu zaczęły się schody. W biurze turystycznym stwierdzili, że hotel zamyka się na zimę co zdziwiło nas o tyle, że Julian rozmawiał telefonicznie z obsługą owego hotelu która najwyraźniej zapomniała wspomnieć, że jest zamknięty.

Może po prostu się nie dogadali. A może stróż jest dowcipnisiem.

Tak czy inaczej zrewidowaliśmy plany. W Zhuhai też są plaże. Znaleźliśmy więc w miarę tani hotel, zakwaterowaliśmy się i – ponieważ po całym tym zamieszaniu był już wieczór – ruszyliśmy na plażę.

Było wietrznie. I zimno. Po krótkim spacerze wzdłuż brzegu rozsiedliśmy się w nabrzeżnej restauracji gdzie spędziliśmy następne dwie godziny z okładem. Na początku zleciała się do nas cała obsługa – stali nad nami i robili zdjęcia. Nie pierwszy już raz mieliśmy z czymś takim do czynienia dlatego nie przejmując się zbytnio zajadaliśmy się wcale dobrym jedzeniem – ryżem z różnościami, gotowanymi warzywami, kleikiem ryżowym... ukoronowaniem była kopa krewetek i talerz ogromnych ostryg z czosnkiem.

Mniam.

Przy okazji wspominaliśmy miniony rok, co nam się dobrego a co złego przytrafiło i próbowaliśmy wymyślić noworoczne postanowienia. Na koniec Ronja wystawiła kupiony po drodze tort który dotąd próbowała chować po kątach, zapaliła na nim świeczki (były dołączone a nie było lepszego pomysłu na to, co z nimi zrobić) i przygotowała do konsumpcji.

Znaczy – pokroiła.

Ostatecznie przyszła pora na Sylwestra na plaży. Wiatr się wzmógł. Było jeszcze chłodniej. Ale dotrwaliśmy do północy, odpaliliśmy sztuczne ognie (sprzedaż prawdziwych fajerwerków, rac i innych takich osobom prywatnym jest ponoć zakazana...Kilka dużych rozbłysło mimo to nad miastem. Może miała miejsce jakaś zorganizowana impreza o której nie mieliśmy pojęcia) i wznieśliśmy toast czym kto miał.

W moim wypadku był to kokos.

Zaraz potem wysłałem smsa do rodziców, tata oddzwonił także kontakt z krajem był.

Kiedy tylko dopaliły się ostatnie sztuczne ognie wynieśliśmy się gdzie pieprz rośnie. W hotelu rozsiedliśmy się dookoła Fritza który przygrywał na gitarze podczas gdy my próbowaliśmy śpiewać. Wyszło tak sobie ale i tak było wesoło.

Następnego dnia pożegnaliśmy Ann i Katharinę i wybraliśmy się do muzeum popodziwiać wystawy kaligrafii (ładne), malarstwa (prace uczniów szkoły plastycznej więc nic nadzwyczajnego), ceramiki i rzeźby w jadeicie.

Mieli też gipsowego dinozaura. Gazozaura bodajże.

Zhuhai to ładne, zielone miasto z czystym jak na Chiny powietrzem ale poza tym nie oferuje zbyt wielu atrakcji dlatego zaraz po muzeum wróciliśmy do Foshan.

Wkrótce po rozpakowaniu się ruszyłem z laptopem do ESŚwN – Mads chciał skopiować moje zdjęcia a ja trochę jego muzyki. A że kopiowanie trwa to w międzyczasie obejrzeliśmy z Julianem i Kiranem najlepszego Indianę Jonesa („...i ostatnią krucjatę”). Ten film nigdy nie zawodzi – a w takim towarzystwie był jeszcze lepszy. Kiran niemal płakał ze śmiechu kiedy tylko na ekranie mówili po niemiecku...

Po filmie przyszedł czas na ostateczne pożegnanie Madsa – wczoraj rano ruszył w Chiny podróżować. Życzyłem mu wszystkiego najlepszego, on obstawił, że nie będę żałował tego, że zostaję na drugie pół roku – i tyle go widziałem.

Kiedy pisałem te słowa zadzwoniła Fiona z TTC (Teach&Travel China, pracują wspólnie z Work&Travel China) aby oznajmić mi, gdzie przepracuję kolejne pół roku.

Panie i panowie, szanowni Czytelnicy i Czytelniczki, miastem do którego macie przyjeżdżać mnie odwiedzać będzie SZANGHAJ. Na razie wiem tyle, że będę uczyć w liceum przyłączonym do Szanghajskiego Normalnego Uniwersytetu. To chyba dobrze - nie chciałbym uczyć koło nienormalnej uczelni...


Wczoraj miał miejsce kolejny seans - padło na kolejną kolaborację Spielberga z Williamsem i ILM czyli "Jurassic Park". Pierwszy, najlepszy. A po seansie przyszła pora na pożegnanie Ronji i Juliana - dzisiaj ruszyli w ślady Madsa. Dosłownie - do tego samego miasta (Kunming).
Trochę smutno ale z drugiej strony nie wątpię, że kiedyś jeszcze się zobaczymy. Jak nie we wcale nie tak dużych Chinach to w jeszcze mniejszej Europie.